Księżyc raz był popielaty,Piegowaty – w żółte łaty,Więc się kryjąc w swoim cieniuWzdychał w wielkim utrapieniu:
Czemu struna mego światłaNieopatrznie tak pobladła?Jakże blaskiem swym ogarnęGęste mroki nocy czarnej?
- Żegnaj, nocy księżycowa!Mówił księżyc... i się chowałI ogarniał żal piegusa,Że się cały umorusał.
Chciał, by – dumny z jego lica -Westchnął cicho do księżycaZachwycony astronauta,Wszakże w dawnych swoich kształtach
Rozpoznawał już nie blaski,Lecz jedynie pozór maski.Słowem: każda jego łataTo był istny koniec świata!
Próżno nocą srebrne gwiazdkiUkładały opowiastkiO walorach estetycznychPiegowatych sił kosmicznych.
Słysząc takie dyrdymały,Księżyc tylko wzdychał cały;Łzy wylewał aż po brzegiDrogi mlecznej. Co za piegi!
Aż pod koniec owej nocyZaświeciły z całej mocy;Zapałały tuż przed świtemSłońca blaski w nim odbite,
Pokrywając srebrem gładkimKsiężycowe niedostatki.Zląkł się księżyc swej poświaty.Uciekł – cały piegowaty -
W gorzkim smutku, z miną beksy,Pielęgnować swe kompleksy...