Hen, na skraju żyznej niwySiedzi Chrystus frasobliwy.Zatroskany o człowiekaUkrył w dłoniach twarz – i czeka.
Może, jeśli czas pozwoli,Ktoś po Bożej przejdzie roli:Może dzieci, może ludzieSpracowani w żniwnym trudzie?
Tacy Pana się nie zlękną,Westchną cicho i uklękną –Jeśli nie przed Jego władzą,To dobroci hołd oddadzą…
Wszak w Pokoju i MiłościTrwa od wieków Boży Kościół…Lecz, choć dzieci drogą biegły,Pana swego nie dostrzegły.
Szedł też bardzo młody człowiek –Łza płynęła mu spod powiek,Bo – jak sądził – w ludzkim tłumieNikt już młodych nie rozumie…
Smagły drogą szedł gospodarz,Mając w myślach popyt, podażI ze smętną nader minąPana swego też ominął.
Drogą ową szło bez celuInnych jeszcze ludzi wielu,O doczesnym śniących chlebie,Zapatrzonych w samych siebie…
* * *
Wnętrza domów stroją ludzie -Ład żywiołem jest człowieka.Świat się zmienia w wielkim trudzieI na Stwórcę swego czeka.Gdy w dziecięcej Swej postaciBóg i Człowiek się narodzi,Przyjściem Swoim ubogaciOwoc pracy dni i godzin,I ujrzymy w naszych dziełachTrudów życia cud największy:Pracę, co się rozpoczęłaBoże Dziecię nam upiększy.