Przyszła zmora do doktora,Przekonując, że już poraO swe własne zadbać zdrowie:- Ma Pan tyle spraw na głowie!
Musi wiedzieć Pan, doktorze,Że Pan leczyć już nie może.Płuca słabe, piasek w nerce;Serce pewnie jest w rozterce -
Wiosna przecież jest na świecie,A u Pana w gabinecie(Niech Pan przyzna i nie kręci)Wciąż pacjenci i pacjenci…
Na te słowa bałamutneLekarz spuścił oczy smutneI, nie tracąc ani chwilkiZażył gorzkie trzy pastylki.
Przyszła zmora do żołnierza:- Czy Ci życia Twego nie żal?Co dzień musztra albo warty…Żołnierz wszystko wziął za żarty;
Ziewnął tylko parę razy –Czekał bowiem na rozkazy.Przyszła zmora do poety,Przekonując, że niestety
Nie potrzeba dzieciom więcejSłów poezji – tej dziecięcej.- Słów poezji nie potrzeba?Gwałtu, rety! Wielkie nieba!
Kto więc w sercach wszystkich dzieciWiarę w piękny świat roznieci?Kto szacunek w Nich obudziI do życia i do ludzi?
Kto się swoich słów nie zlęknie;Kto opowie Im o pięknie,By w dziecięcym Swym zachwyciePokochały świat nad życie?
Idź już sobie precz i nie kłam!… Zmora zbladła i uciekła,Bowiem nawet w dzionek szaryŻadne gusła jej i czaryNie odmienią serc, jak wiecie,Mądrym dzieciom i poecie.