Zaplanował sobie Pawełek – pokraka,Że wyścig urządzi jednego kajaka:- Będę płynął sam (urlop dam załodze);Pływać się nauczę na rzece. Po drodze.
Wyszedł późną nocą, nie mówiąc nikomu,Dokąd się wybiera o tej porze z domu.I wsiadł do kajaka, i odbił od brzegu;I płynąć chciał – biedny – aż do Kołobrzegu.
A skoro go rzeka sama z siebie niosła,Wyrzucił Pawełek niepotrzebne wiosłaI, niczym kapitan okrętu – zza burty -Obserwował rzeki niespokojne nurty.
Zrazu szło mu nieźle – powymijał bale;Na sam środek rzeki go poniosły faleI płynął – samotny – wśród fal, jak rakieta.Wzrastała w Pawełku do walki podnieta!
… A w domu rodzinnym – daleko (bo w Ełku)Wołali rodzice: - Gdzie jesteś? Pawełku!Strwożeni szukali. Pawełek im zginął.Pawełek tymczasem w dal płynął… i płynął…
Jak lądów odkrywca, jak żeglarz samotnyWpatrzony w toń rzeki, lecz trochę… markotny.Bo kajak wciąż płynął (nie słuchał się wcale!)Nie tam, gdzie Pawełek, lecz tam, gdzie chcą fale.
A kiedy wyminął chyba wszystkie mosty,Kajak mu się wplątał między wodorosty.(Szarpał się Pawełek między tatarakiem:Nie było sposobu obrócić kajakiem!),
Bo ugrzązł Pawełek – zrobiły się kliny:Trochę z wodorostów, a troszeczkę z trzciny.Zakończył Pawełek tę jazdę szaloną;Już sił nie starczało; już byłby utonął...
I nagle się skończył ów rejs niewesoły,Bo budzik Pawełka obudził do szkoły.